Elon Musk i jego X Money to kolejna odsłona tej samej, powtarzającej się od ponad trzech lat historii. Miliarder-wizjoner raz jeszcze maluje przed nami obraz „superaplikacji”, w której użytkownicy mieliby „żyć całe życie w aplikacji X” – zamawiać jedzenie, płacić rachunki, inwestować oszczędności i zarządzać kredytami. Tym razem padły konkretne liczby: 6-procentowe oprocentowanie depozytów i 3-procentowy cash-back za zakupy. Brzmi to atrakcyjnie, zwłaszcza dla kogoś, kto pamięta, że Musk był współzałożycielem PayPala.
Właśnie dziś Waszyngton staje się sceną niezwykłego spektaklu. Nie chodzi o zwykłą wizytę państwową, lecz o coś głębszego – o próbę uratowania relacji, które jeszcze niedawno uchodziły za najtrwalszy filar zachodniego świata. Król Karol III, monarcha pozbawiony realnej władzy wykonawczej, przylatuje do Stanów Zjednoczonych w roli dyplomatycznego strażaka. Ma ugasić pożar, który wybuchł nie z powodu kryzysu gospodarczego czy zagrożenia zewnętrznego, lecz z powodu jednego „nie” wypowiedzianego przez brytyjskiego premiera Keira Starmera.
Mam wrażenie, że stoimy u progu chwili, która może się okazać równie doniosła dla medycyny, jak odkrycie penicyliny przez Alexandra Fleminga w 1928 roku czy rozszyfrowanie struktury DNA przez Watsona i Cricka w 1953. W Londynie, podczas konferencji WIRED Health, Max Jaderberg, prezes Isomorphic Labs – spółki córki Google DeepMind – oznajmił z spokojną pewnością, że już wkrótce rozpoczną się pierwsze testy kliniczne leków zaprojektowanych od początku do końca przez sztuczną inteligencję.
Pamiętam dobrze przypadek z 2012 roku. Jacek Żalek był wtedy dość zauważalnym posłem Platformy Obywatelskiej, odszedł razem z Jarosławem Gowinem, bo chciał iść własną drogą. Natomiast Marcin Grabiec, ówczesny starosta powiatowy, został w partii. Dzisiaj Żalek praktycznie zniknął z polskiej polityki, jest poza grą, a Grabiec spokojnie kieruje Kancelarią Premiera. To jest naprawdę okrutna, ale bardzo pouczająca lekcja – w polskiej polityce lojalność wobec struktur bardzo często opłaca się znacznie bardziej niż odwaga i chęć robienia rewolucji.
Patrząc na to wszystko, co rozegrało się na Bliskim Wschodzie w ostatnich pięćdziesięciu dniach, mam wrażenie, że obserwujemy jeden z najbardziej pouczających przykładów tego, jak wielka potęga może sama sobie zaszkodzić bardziej niż jakikolwiek wróg. Donald Trump, który ruszył do konfrontacji z Iranem z pełną pewnością siebie i zapowiedziami błyskawicznego triumfu, dziś przypomina gracza, który postawił wszystko na jedną kartę i nagle odkrył, że przeciwnik dysponuje znacznie lepszą ręką, niż początkowo zakładał.
Dla elit w Brukseli, Paryżu i Berlinie węgierska lekcja powinna być sygnałem ostrzegawczym najwyższej próby. Przez ostatnie dwie dekady budowały one swój kapitał polityczny na wizerunku niezawodnych sojuszników Waszyngtonu – tych, którzy potrafią zagwarantować obywatelom bezpieczeństwo dzięki amerykańskiemu parasolowi ochronnemu. Teraz okazuje się, że ten sam parasol może się stać przekleństwem, zwłaszcza gdy pod nim stoi prezydent, którego decyzje są coraz bardziej nieprzewidywalne i destrukcyjne dla europejskiej stabilności.
Viktor Orbán, człowiek, który przez czternaście lat budował swój system władzy jak nowoczesny Ozymandias, nagle odkrył, że nawet najpotężniejsze imperium może runąć w ciągu jednej nocy wyborczej. Jeszcze niedawno wydawało się, że Fidesz to partia wieczna, że węgierska demokracja została na stałe przekształcona w autorytarny spektakl, w którym opozycja może co najwyżej liczyć na rolę statystów.
Ajatollah Ali Chamenei nadal trzyma kraj żelazną ręką. Iran nie tylko nie upadł, ale po raz kolejny wyszedł z bezpośredniej konfrontacji z najpotężniejszą machiną militarną świata z podniesioną głową. Po raz drugi w ciągu zaledwie kilku lat stanął naprzeciwko Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników – i po raz drugi nie został pokonany. Dla Teheranu to już nie tylko przetrwanie militarne, lecz propagandowe i mobilizacyjne zwycięstwo najwyższej próby.
W XXI wieku ta zdolność wygląda zupełnie inaczej niż sto lat temu. Nie mierzy się jej już wyłącznie liczbą dywizji pancernych ani granicami wytyczonymi na mapie. Dziś o suwerenności decydują systemy. Technologia. Dane. Sztuczna inteligencja. Kontrola nad tym, co pozwala państwu funkcjonować w świecie, w którym decyzje zapadają szybciej niż człowiek jest w stanie je zrozumieć.
Izrael prowadzi tę rozgrywkę. To oni nadają tempo i eskalują sytuację. Amerykanie dostarczają zdecydowaną większość siły bojowej, tracą żołnierzy, ponoszą gigantyczne koszty logistyczne i finansowe – podczas gdy Izraelczycy wykazują znacznie wyższą tolerancję na chaos, rozlew krwi i długoterminową niestabilność w regionie. Oni nie będą musieli sprzątać po tej wojnie.